Słyszeliście kiedyś o syndromie lazy Monday?
Jeśli nie, to się nie martwcie. Syndrom ten bowiem wymyśliłam i zdefiniowałam sama dopiero jakiś czas temu.
Co więcej, nie został on jeszcze nigdzie opisany.
Nie ciężko się jednak domyślić, że zjawisko to związane jest z bardzo intensywnym weekendem i dotyczy sportowców oraz ludzi aktywnych fizycznie.
Na pewno znacie to uczucie, kiedy przychodzi dłuuuuuugooczekiwany weekend i wreszcie jest czas na coś więcej niż tylko szybki trening przed/po pracą/y. Chciałoby się posiadany czas wykorzystać maksymalnie – wyjechać w góry, zrobić wszystkie zaległe treningi z tygodnia i do tego jeszcze wystartować w jakichś zawodach.
Wstajesz więc skoro świt, mimo że tylko w weekend wreszcie można by się wyspać, wyciągasz sprzęt i zaspanego partnera, no i jedziesz w te wszystkie miejsca, w których chciałbyś być oraz te które trzeba zaliczyć. Kręcisz, biegasz, pływasz i co tam jeszcze lubisz. Spotykasz ludzi, czas szybko płynie, mięśnie i ciało nie dostrzega zmęczenia, gdy nagle uświadamiasz sobie że jest 23.00 w niedzielę i jutro poniedziałek.
O 6.00 rano przed tobą ściana. Nagle wszystkie mięśnie postanawiają przypomnieć ci o swoim istnieniu, oczy jakoś nie chcą się otworzyć, a uszy udają, że nie słyszą, przenikliwego sygnału najgłośniejszego budzika w twojej komórce. Był weekend, a ty zamiast, jak Bóg przykazał, odpoczywać postanowiłeś zaliczyć kilka mocnych chwil, które kiedyś będziesz mógł wspominać. Zwlekasz się jednak z łóżka, bo jakoś trzeba zebrać szelesty na kolejny intensywny weekend. Wiesz jednak że dziś wszystko będzie w trybie „slow motion”.

Czy warto???
Odpowiedzcie sobie sami.
Ja od trzech miesięcy co poniedziałek doświadczam syndromu lazy Monday.
Kiedyś trzeba przecież odpocząć.
A praca nie ucieknie, dzieci w przedszkolu tez nie. Choć w sumie ostatnio mają jazdy.
Nie na darmo w Bibli… treningu kolarza górskiego Friel wskazał poniedziałek jako rest-day.
Tego się wiec trzymam i wam róznież tego życzę :)
Ps. Z konkretów – w weekend zaliczyłam dwa całkiem dające w kość maratony. Wałbrzych przypomniał mi o technice jazdy w błocie, Karpacz był tym co tygryski lubią najbardziej. Ubolewam, że niestety był to dystans mini ale i tak było syto. Stuczterdziestomilimetrowy skok w czarnym został wykorzystany zgodnie z przeznaczeniem. No i wpadł kolejny element zastawy :)