Na metę GravOn 3 Countries wjechałam zmęczona i usatysfakcjonowana a jednocześnie pełna… niedosytu.
Co sprawia, że jedne trasy zapadają w pamięć na zawsze, a o innych nie pamięta się po tygodniu? Jedne wyścigi chciałoby się jeździć co roku, a inne to tylko kolejne szybkie gonki odhaczane z listy.
Niby przepis na dobre ultra jest prosty – dobra trasa, nienaganna organizacja, przyjazna atmosfera.
A wcale nie jest łatwo o dobry wyścig, gdzie na twarzach zawodników wjeżdżających na metę maluje się zadowolenie a po kilku dniach w internecie nie czyta się o ujebach, niedziałającym trackingu czy innych kwiatkach.
Można powiedzieć, że tegoroczny GravOn 3 Countries był edycją zerową.
Mariusz Lickiewicz – organizator i pomysłodawca – nie promował wyścigu w specjalny sposób, nie reklamował się, nie walczył, by zapełnić na maksa listy startowe.
Kto wiedział o wyścigu, ten wiedział. Kto przeczuwał, że będzie warto, ten się nie zawiódł.
Efektem tego było kameralne grono startujących – około 100 osób, które spędziły w najlepszy sposób jaki można sobie wyobrazić długi czerwcowy weekend w górach.
Mamba On Bike z GravOn-em jestem od samego początku.
Razem z Mariuszem spotykaliśmy się na trasach pierwszych terenowych ultramaratonów w Polsce.
Potem Mario przyjechał na trasę podczas jednego z PGRów, by pokibicować mi i podnieść morale tuż przed metą.
W końcu zaprosił mnie na swoją imprezę i przepadłam.
Nawet jeśli nie startowałam, to co roku pojawiałam się w miasteczku zawodów
Nie mogło mnie więc nie być na tym wyścigu. Wiedziałam, że szykuje się coś wyjątkowo dobrego.
Autorami zdjęć w artykule są: Kamila Leszczyńska, Bartek Bodzek, Paweł Zatoński.
Mario Monika i Mamba :)
GravOn 3 Countries – trasa
Ilość atrakcji na trasie GravOn-u spokojnie starczyłaby na trzy wyścigi. Pierwszy odbywał by się w polskich i czeskich Izerach, drugi w Górach Łużyckich a trzeci w Czeskiej i Saksońskiej Szwajcarii.
My dostaliśmy to całe dobro razem, po kolei niczym w trzy-daniowym obiedzie, gdzie na samym końcu czeka na ciebie najlepszy deserek z wisienką.
Jakie to było dobre!
Nie dziwi więc fakt, że na ten artykuł zbierałam się trzy tygodnie. Trzeba to było wszystko przetrawić :)
O Izerach pisałam na blogu już nie raz. To najbardziej gravelowe góry w Polsce. Jeśli zastanawiasz się, gdzie wybrać się pierwszy raz w góry z gravelem – niech będą to Izery.
Przeczytaj – Góry Izerskie – jesiennie i bikepackingowo
O Górach Łużyckich i Czeskiej oraz Saksońskiej Szwajcarii dopiero będę pisać.
To miejsca, które zasługują na osobne wpisy, więc teraz niech wystarczy Ci moje słowo, że te rejony to też gravelowy i bikepackingowy raj.
Połączenie tych wszystkich w jednym wyścigu to jakby red bulla popijać kawą. Jest intensywnie.
Oczywiście jeśli macie ochotę, można zabrać sobie tracka i przejechać go w innym terminie niż wyścig, ja jednak ze względu na niesamowita atmosferę i klimat polecam zrobić to przy okazji zawodów.
Element integracyjny w postaci między-noclegu i socjalizacja była tym, co wyróżniło 3 Countries na tle konkurencji.
Film – trzy kraje i trzy dni
Co sprawia, że jedne trasy zostają w pamięci na zawsze, a o innych nie potrafisz nic ciekawego powiedzieć po tygodniu?
Jak to jest, że niektóre ultra to szybkie gonki, gdzie rach ciach ciach chcesz zaliczyć trasę, a inne trudno łyknąć na raz, bo żal tych wszystkich widoków i przygód?
GravOn 3 Countries to wyścig, który, daję głowę, pojedziesz dwa razy.
Dlaczego?
Bo gdy zdecydujesz się na jazdę „longiem”, to po wpadnięciu na metę powiesz – „Muszę tutaj wrócić, by poczuć to jeszcze bardziej” a gdy przejedziesz ją na spokojnie, to w głowie pojawi się myśl – Chce to na raz!
Ja na pierwszy raz wybrałam wersję romantyczną. Wersję z czeskimi hospódkami, z widokami, ze spaniem w łóżku z czystą pościelą i z knedlikami z borówkami w Smedavie. Jaki będzie drugi? Zgadnij!
Widzieliście film? Jeśli nie, to nadróbcie zaległości, bo zdecydowanie lepiej wygląda to na obrazkach niż w moich karkołomnych próbach opisania tego, co nas tam spotkało.
A że pogoda tym razem okazała się mocno łaskawa, to dopełniła całości.
GravOn 3 Countries – foto relacja
Dzień – 1 – 127 km w stronę Kytlic
Start 8:00 spod Dolnośląskiego Centrum Sportu – Polana Jakuszycka.
To miejsce już nie pierwszy raz pokazuje nam swoja gościnność.
Kilka rozmów z uczestnikami, odbiór trackera, trochę zagrywek i JEDZIEMY.
Ekipa kameralna, pierwsze kilometry pokonujemy razem z Olą, Kamilą i Adamem. Mijamy też innych uczestników, albo też my jesteśmy przez nich mijani.
Start z Jakuszyc, więc od razu pod kołami szutry gravelowej klasy A.
Od razu też przekraczamy granicę. Ani się obejrzeliśmy a jesteśmy już u naszych południowych sąsiadów.
Ten dzień to festival szybkich szutrów, czeskich wąskich asfaltów i kofoli. W tle na horyzoncie majaczy Jested, ale tym razem go nie odwiedzamy.
Jest też jeden dziwny babol na trasie – konkretny wypych, gdzie 25 % utrzymuje się na dłuuuugim odcinku Mariusz zgrywa się, że nie może być tylko miło, gładko i przyjemnie. Chłopak tęskni za Carpatią – chyba trzeba go na nią zapisać w przyszłym roku :P
Meta pierwszego dnia to Kytlice i typowo czeski ośrodek wypoczynkowy.
Małe domki campingowe dla uczestników – organizator zapewnia noclegi – oraz bar gdzie dostaniesz trochę czeskiego jedzenia oraz dużo piwa, kofoli i Birella z Pomelo :)
Pomysł na podział trasy na dwa etapy – genialny!!!
Jest czas na rozmowy, integracje, wspólne dzielenie się wrażeniami z trasy.
Trochę jak na gravelowym wakacyjnym obozie tylko dla starych ludzi :)
Kameralne grupy startowe
I od razu wskakujemy w tren
Większość fot od dupy strony, no bo trzeba było jechać :)
Ale takie z boku też. Tu akurat jeden bardziej techniczny fragment.
Vodní nádrž Josefův Důl
Czeskie miasteczka w przeciwieństwie do tych niemieckich maja w sobie to coś :)
Przecudnej urody fragmenty po łąkach
Trzy dupeczki
No mówię przecież, że przecudnej!
Dzień 2 – 280 km dla jednych ostatni a dla innych nie
Drugi dzień to kwintesencja tego wyścigu – punkt kumulacyjny – Czeska i Saksońska Szwajcaria.
Obojętnie co bym nie pisała, to nie odda atrakcyjności i rzeczywistości tego rejonu.
Jest PIĘKNIE.
Po drodze znów czeskie gospody i miasteczka zapraszające na chwilę odpoczynku.
Dobrze że zdecydowałam się jechać te trasę w trybie romantycznym.
Mariusz namawiał uczestników na longa drogiego dnia i chyba większość się skusiła.
Okoliczności przyrody i pogoda były do tego idealne.
Mi ten dzień bardzo przypomniał czasy pierwszych wyścigów, gdzie większość się znała a kolejne sklepy czy przystanki na trasie były okazją do niezliczonych spotkań i rozmów.
Jedyny negatywny aspekt tego dnia – to puste i smutne niemieckie miasteczka, gdzie cisza i brak ludzi były przygnębiające . Zupełnie co innego niż w Czechach.
Powiedz Czechy nie mówiąc Czechy
Wjeżdżamy do Parku Narodowego
Czeska Szwajcaria
Widoki nie są za darmo
Gravelowe złoto
Tramwaje już po niemieckiej stronie
Niespodziankowy pit-stop
Fragment wzdłuż Łaby na odpoczynek
Przeprawa promowa – Stadt Wehlen
Temperatura dawała się we znaki
Sunset i złota godzina na rowerze – najlepiej
Dzień 3 – Smedava i borówkowy knedlik
Trzeciego dnia większość zawodników była już na mecie, a niektórzy nawet i w domu.
My zafundowałyśmy sobie 112 kilometrów w trybie „na knedlika”.
Od rana słońce nie dawało wytchnienia – dobrze, że podjazd na Smedavę w większości przebiegał w lesie.
Trzeci dzień to rowerowe latko na pełnej. Nie spotkałyśmy już żadnego zawodnika na trasie, więc zupełnie zapomniałyśmy, że to wyścig. Ale to było dobre!
Czeskie i Polskie Izery – mimo iz trasa do samego końca biegła pod górkę to żal było kończyć tę przygodę.
Trzeci dzień i śniadanie na stacji benzynowej
Trójstyk
Dla tego momentu warto było jechać trzy dni
I medale były ;P
GravOn 3 Countries – widzimy się w przyszłym roku!
Nie widzę tu możliwości innego podsumowania – oczekujcie zapisów i widzimy się za rok!!!